RSS
poniedziałek, 13 października 2008
Dopisek na dziś.

Deszczowe chmury sie troche oddaliły... Już nie dramatyzuję. Żyję skupiając się na "Tu i Teraz". Przeszłości już nie ma. Przyszłości jeszcze nie. Nie myślę za dużo. Nie analizuję.

Jest jak jest. Staram się odnaleźć siebie. W czystej postaci. Bez kompromisów. Bez układów. Tak jak bohaterka mojej ulubionej komedii romantycznej - chcę się dowiedzieć jak przyrządzone jajka lubię najbardziej...

Jak już wyliżę rany, odbuduję mury, obsadzę je kaktusami, uzbroję się, to wyjdę do ludzi.

Ścieka wilgoć po sercu i palcie - wpis z 3.10.2008

... który usunęłam, bo nie byłam gotowa jeszcze się tym dzielić... A brzmiał on mniej więcej tak:

Lato się skończyło a wraz z nim kolejny ważny rozdział w moim życiu.

Parafrazując słowa pewnej piosenki: "...może nie trzeba było tak, szaleńczo w górę,w górę grzać(...), lecz po kropelce, po maluchu sączyć ten związek a nie chlać, gdziekolwiek z gwinta..."

Przeprowadzam mnóstwo rozmów sama ze sobą - powinnam była to, a nie powinnam była tamtego... W gruncie rzeczy nie potrafię wskazać przyczyny wybuchu bomby. Zaczęło się niby od niczego a potem nagle, nie wiedzieć czemu urosło do rozmiarów wieloryba... Na początku nie mogłam uwierzyć - dalej jest mi ciężko, ale każdy nowy dzień mówi: weź się w garść. od teraz musisz sobie radzić sama. SAMA. S-A-M-A... Powtarzam to słowo jak mantrę, odmieniam przez przypadki, oswajam i nic. Dalej do mnie nie dociera. Dalej nie wierzę że będzie dobrze...

Ostatni tydzień spędziłam w Zh. Wyproszone u szefa szkolenie wypadło w najlepszym momencie z możliwych. Starałam się te kilka dni wycisnąć jak cytrynę. Całodniowe szkolenia, a wieczorami spotkania ze starymi znajomymi... Zapełniło to trochę moją pustkę wewnętrzną, ale zdaję sobie sprawę, że muszę znów nauczyć się być sama ze sobą... Tak czy owak ZH jest cool! I want it back!

niedziela, 20 lipca 2008
Rozważania na niedzielny wieczór

Jakoś nie mam ostatnio ochoty na pisanie...

Żyję sobie powoli, w tygodniu grając rolę porządnej dorosłej kobiety w rytmie dom-praca-dom, a w weekendy wracam do uroków studenckiego życia albo pijąc na umór i imprezując albo jadąc do domu i udając, że mam wakacje i nic nie muszę...

W międzyczasie znów pojawiło się kilka zakrętów dotyczących wyborów: praca? studia? doktorat? czy coś jeszcze innego? W ciągu najbliższego miesiąca okaże się na jaką prostą wyjdę i ile walizek zgubię po drodze... Gdzieś po kątach czai się także temat przeprowadzki do Krakowa... Zamiatam go pod dywan jak tylko się pojawi w zasięgu świadomości, ale widzę, że powraca jak bumerang wykorzystując każdą chwilę słabości. Podświadomie się go boję, choć starannie się tego wypieram. Jeśli o czymś się nie mówi - to tego nie ma...

Teraz szykuje się lekkie spowolnienie moich wakacyjnych planów - trochę więcej czasu spędzę w stolicy, ale od sierpnia znów wyruszę na szlak... :))

wtorek, 01 lipca 2008
Lato czas zacząć

Musiałam trochę przetrawić ostatni wpis, więc piszę dopiero teraz.

W międzyczasie skończyłam sesję - uff! i muszę przyznać, że z wyjątkiem jednej wpadki wyniki są rewelacyjne. Jestem dumna, że pomimo pracy na pełny etat udało mi się zdać większość egzaminów na 5.

Sesja się skończyła, więc można było ogłosić początek wakacji. Teoretyczny tylko, bo urlop musiałam wykorzystać na naukę i teraz nie ma szans na więcej. Mimo wszystko nie załamuję się. Byłam w Łodzi w ramach podróży w nieznane, pływałam kajakiem w ramach smakowania lata, a przede wszystkim spędziłam weekend nad morzem. I zamierzam całe lato tak spędzać.

A pomiędzy podróżami muszę chodzić do pracy i studiować TSR-Files. Ale to akurat najmniej ważne :)

Już niedługo kolejne relacje z wypraw.

niedziela, 15 czerwca 2008
I znów drogi się rozchodzą

Im bardziej człowiek się cieszy na coś i tego oczekuje, tym bardziej boli rozczarownie. Banalne, wiem, ale jakoś nie mogę się nauczyć tej prawdy. Tym razem miało być inaczej, a wyszło jak zwykle. Tak jak z naszymi piłkarzami.

W ramach dygresji - po 15 latach twardej postawy i nieoglądania piłki nożnej - przełamałam się. Nie wiem, skąd mi to przyszło, ale podczas tych mistrzostw oglądałam nie tylko mecze Polaków, ale też Szwajcarów. I nawet mi się podobało. Nawet podjęłam próbę zrozumienia zasad gry! Nie poznaję siebie po prostu. Ale może przychodzi taki czas w życiu człowieka, że łagodnieje... :)) Koniec dygresji.

Mój M. twierdzi, że nie ma przyjaźni między kobietami. Że dla każdej kobiety prędzej czy później - mężczyzna staje się centrum świata i przyjaciółki odchodzą w zapomnienie. I że im prędzej pozbędę się złudzeń, że jest inaczej, tym lepiej. Do tej pory na takie teksty odpowiadałam stanowczo: "g*** prawda!". I przekonywałam, że ze mną będzie inaczej. Że mężczyzna, owszem jest ważny, ale nie zastąpi przyjaciółek/koleżanek... Słowem - nawet najwspanialszy mężczyzna nie zastąpi ploteczek przy winie do późna w noc, wspólnych zakupów, komentowania klat sportowców i strojów innych kobiet. Trwam więc w tym przekonaniu jak w okopach św. Trójcy i tylko czasem przemknie myśl, że może się mylę.

Dziś znów mnie to uderzyło. Z całą siłą. No dobra, sytuacja rozwijała się prawie od 3 miesięcy... ale do tej pory łudziłam się, że kiedy minie pierwsze "zauroczenie" (piszę w cudzysłowie, bo byłam przekonana, że to "uczucie z rozsądku") - sytuacja się ustabilizuje, że czasem po prostu należy przeczekać burze na innych frontach. Dziś jednak nie ma wątpliwości. Kolejne odwołane spotkanie tylko dlatego, że ważniejszy jest on. Nawet maila nie ma kiedy napisać, taka jest zaaferowana nim i karierą. Nie piszę tego, by się skarżyć. Po prostu stwierdzam fakt - przyzwyczajam się do myśli, że w jej życiu nie ma dla mnie miejsca.  

Wyszedł mi strasznie egzaltowany ten wpis. Ale już mi lepiej. Wracam teraz do nauki i planowania weekendów wakacyjnych...

środa, 04 czerwca 2008
Agata Mróz-Olszewska [*][*][*]

Miało być o fatum, ale ubiegł mnie na swoim blogu Rafał Stec. Pozostaje mi więc tylko łączyć się w ciszy z tysiącem kibiców, którzy wspierali tę niesamowitą kobietę.

piątek, 30 maja 2008
2 tygodnie i nic

Minęły już ponad 2 tygodnie od tego pamiętnego interview.

I dalej nie mam planu B. I dalej nie chce mi się myśleć co dalej. Nie przeszła mi apatia. Chodzę codziennie do pracy, nawet zdaję egzaminy, ale wszystko mi przecieka przez palce.

Na jeziorze szarogęsi się Kormoran. Już mam go dość. Wychodzi z niego "biedne zakompleksione stworzenie". I więcej nie będę pisać, bo musiałabym zacząć kląć...

Nie chce mi się pisać, więc idę oglądać mecz. :))

sobota, 17 maja 2008
Wielkie rozczarowanie

Dziś będzie krótko: moje wielkie jedyne marzenie od trzech lat nie spełniło się. Zostało pogrzebane. Bez opcji nowego życia. Nie dostałam się na specjalizację - dla której właściwie studiowałam psychologię. Pierwszy raz w życiu nie było planu B. Miało się po prostu udać. I koniec. Kropka.

Niestety życie napisało inny scenariusz. Wyszło, że jestem za dobra, zbyt pewna siebie i za bardzo wiem, czego chcę. Bo ten jeden jedyny raz - naprawdę wiedziałam.

Głupie to uczucie, kiedy się nawet nie chce myśleć, co teraz będzie. Wcześniej, kiedy coś nie szło po mojej myśli, od razu niemal zaczynałam snuć plan B i przestawiać się na nową drogę. Tym razem nie. Tym razem jestem w czarnej dziurze. Nie mam doła, ale brakuje mi sprawczości...

Napiszę, jak się dowiem, co teraz...

niedziela, 11 maja 2008
Nadmierna wiedza szkodzi

Prawdziwość powyższego hasła testuję na sobie w ten weekend. Nabrawszy nieco sił po walce z andaluzyjskim wirusem, który zadomowił się u mnie na tydzień (ale jestem na ostatniej prostej ku wyzdrowieniu! ha!), wzięłam się do nauki. W końcu sesja tuż tuż, a urlopu mało.

Uporałam się z pracą zaliczeniową na SMD - 40 stron nie w kij dmuchał - czyli wracam do formy. Gorzej mi idzie z pracą empiryczną, która niestety zawiera całą otoczkę metodologiczną ze zmiennymi i hipotezami w roli głównej. Niestety mimo najszczerszych chęci i wzmożonej pracy umysłowej nadal nie odróżniam hipotez badawczych od operacyjnych, a na sam dźwięk słów "wskaźniki zmiennych" dostaję gęsiej skórki. Fuj!

W międzyczasie czytam sobie Berne'a "Dzień dobry i co dalej?". Teoria skryptów rozłożona na czynniki pierwsze. Polecam jako lekturę do poduszki, ale nie polecam odnoszenia tej teorii do siebie. Ja popełniłam niestety ten karygodny błąd, co mi się rzadko zdarza, i wyszło mi, że mam spojrzenie na świat raczej depresyjne, najmocniejszy stan ego - Dziecka Przystosowanego i dość silnego Rodzica Krytycznego. Czyli generalnie nieciekawie. W związku z tym czarno widzę moje relacje z M., który za nic nie chce grać ze mną w "Kochanie", "No tak,ale..." czy "Skazę". Zastanawiam się jeszcze, jakie wnioski płyną z moich ulubionych bajek z dzieciństwa, czyli "Bazyliszka" i "Szewczyka Dratewki".

niedziela, 04 maja 2008
Andaluzyjski wirus na polskim gruncie

Zeszły tydzień spędziłam w Andaluzji. Z dala od jeziora i jego spraw, z dala od szkoły i stresu wyboru specjalizacji... Za to z innym stresorem u boku, ale cóż, nie można mieć wszystkiego...

Nareszcie nadrobiłam brak słońca, opaliłam się, odpoczęłam, trochę pozwiedzałam - a na dodatek mam cud-torebkę i cool buty... Czy można chcieć więcej?

Niestety wystarczyło 12h na polskim gruncie, żeby dopadła mnie angina. W gardle mam najgorszą z sytuacji, które pokazują na reklamach pastylek do ssania - z tym, że w realu żadna nie skutkuje. Za oknem maj a ja czuję się listopadowo...

...i czar andaluzji w sercu prysł jak bańka mydlana....

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15